poniedziałek, 20 marca 2017

Elif Shafak, Czarne mleko.
Kobiety i polityka wewnętrzna, czyli czy pisarka może zostać matką?

Zawsze myślałam, że kiedy w życiu artystki czy pisarki pojawia się dziecko, to jej twórczość ewoluuje. Zmienia się w sensie pozytywnym. Posiadanie potomstwa, zwłaszcza w młodym wieku, otwiera ludziom oczy na coś więcej niż czubek własnego nosa, poszerzając krąg najważniejszych osób w życiu. Wszechświat wzbogaca się o nową istotę, która jest wynikiem miłości i swego rodzaju nauczycielem nowej miłości, zupełnie bezwarunkowej, instynktownej. Tak postrzegane macierzyństwo to musi być doświadczenie zmieniające życie, a przecież doniosłe zmiany są wielkim źródłem dla twórczości. Jednak Elif Safak zupełnie inaczej zapatruje się na te sprawy w autobiograficznej powieści Czarne mleko. Cała książka stanowi dialog wewnętrzny, w którym alter ego pisarki próbuje dojść ze sobą do porozumienia w sprawie tradycyjnej roli kobiety jako żony i matki. W jej oczach podjęcie tego wyzwania to niechybna rezygnacja z wolności, jaka płynie z niezobowiązującego życia intelektualistki pomieszkującej to w Stambule, to w Stanach Zjednoczonych. Jak można zdecydować się na dziecko, jeśli całą sobą oddajesz się pasji pracy twórczej?
Powieściopisarki to zakochane w sobie kobiety, które nie lubią, kiedy wytyka im się samouwielbienie. Z kolei matki powinny być bezinteresownymi istotami - przynajmniej przez pewien czas - które dają więcej, niż biorą.
Wyrazicielkami konfliktu wewnętrznego Elif są członkinie Chóru Niewspółbrzmiących Głosów czy też jej Wewnętrznego Haremu, w skład którego wchodzą: Panienka Praktyczna, Pani Derwisz, Panna Ambicja Czechowska, Panna Intelektualistka Cyniczna, Mamcia Pudding Ryżowy i Blue Belle Bovary. Przejawiają się one na dwa sposoby, bo albo bohaterka odbywa refleksyjną podróż do wnętrza siebie i zagląda do mieszkania każdej z powyższych kobietek na herbatę i pogawędkę, albo też spotyka je w realnym świecie jako miniaturowe postacie. Każda z nich jest wyraziście zarysowana, niby wyraża pewien stereotyp, a jednak wypada wyjątkowo żywo i wiarygodnie. Jest to ciekawa sprawa, mamy bowiem książkę, która wygląda na typową powieść, jednak w rzeczywistości opowiada o jednej tylko kobiecie i tym, co dzieje się w jej własnej głowie.

Ten wielogłos był dla mnie dość przytłaczający, bo sama mam, jak mi się wydaje, silne poczucie spójnego ja, które konfrontuje ze sobą różne bezosobowe racje i poglądy raczej niż... subosobowości. Może odnalazłabym w sobie trochę spokojnej i uduchowionej Pani Derwisz, a także coś z Panienki Praktycznej i odrobinę Panny Intelektualistki Cynicznej (gdyby pozbawić ją agresywnego cynizmu), jednak wciąż trudno mi sobie wyobrazić taki wewnętrzny chaos. Niewątpliwie jednak jest to ciekawa wizja wewnętrznego życia, bo najczęściej bohaterowie odnajdują w sobie dwie antagonistyczne strony, jasną i ciemną. Jak widać, dualizm jest już passé. Swoją drogą myślę, że ta literacka autoanaliza Safak sprawdziłaby się doskonale w roli argumentu za niepoczytalnością kobiet. ;)

Wracając jednak do meritum - każda z członkiń Chóru Niewspółbrzmiących Głosów ma swoje własne zdanie na temat macierzyństwa i jak się możemy domyślać, jedne są bardziej na tak, inne zdecydowanie na nie. W zależności od tego, które z nich dojdą do głosu, Elif podejmie odpowiednie działania... lub też ich zaniecha. A małe bohaterki znają się na polityce i zawiązują sojusze, organizują bunty i dążą do przejęcia władzy. Czy można jednak uciec od naturalnych pragnień i instynktu? No i jest jeszcze chłodna kalkulacja zegara biologicznego. A co, jeśli pojawi się w życiu ktoś, kto będzie znaczył więcej niż wolność i sztuka?

Pobieżnie przejrzany spis treści wprowadził mnie w błąd i spodziewałam się początkowo zbioru esejów. Nie pomyliłam się całkowicie, bo kolejne rozdziały przedstawiające historię Elif przeplatane są autonomicznymi opowieściami o życiu i twórczości słynnych pisarek i feministek, matek oraz tych, które nie zdecydowały się na potomstwo. Sylvia Plath, Virginia Woolf, Ayn Rand, Zelda Fitzgerald, Zofia Andriejewna Bers, żona Tołstoja i wiele innych historii wskazuje tylko na jedno - wcale nie ma uniwersalnego wzorca postępowania, a świat obfituje w najróżniejsze scenariusze.
Podczas gdy powieściopisarka jest introwertyczką - przynajmniej w czasie tworzenia powieści - matka z definicji jest ekstrawertyczką. Powieściopisarka buduje maleńki pokój w głębi umysłu i zamyka drzwi, żeby nikt nie mógł się do niego dostać. Tam ukrywa swoje sekrety i ambicji, z dala od wścibskich spojrzeń. Z kolei matka zostawia otwarte wszystkie okna i drzwi - dniem i nocą, latem i zimą. Jej dzieci mogą wejść dowolnie wybranym wejściem i zajrzeć wszędzie, gdzie tylko zechcą. Nie ma żadnych sekretnych kątów. 
Choć wydaje mi się, że piszę dość entuzjastycznie o tej książce - bo i owszem, doceniam konstrukcję opowieści - to przyznam, że ostatnia prosta powieści zmęczyła mnie okrutnie. Wydawała się wymuszona. Stała się nagle z wciągającej, erudycyjnej powieści typowo kobiecym czytadłem. Miałam też po tej lekturze kaca książkowego. Zresztą piszę o Czarnym mleku na miesiąc po odłożeniu książki, co też o czymś świadczy. Wciąż uważam jednak, że macierzyństwo wprowadza w życie tak artystki, jak i każdej kobiety, zupełnie nową jakość w sensie pozytywnym. Może dlatego nie potrafiłam dogadać się z główną bohaterką, która wydawała mi się do końca skoncentrowaną na sobie egoistką.

Miało być krótko, wyszło jak zawsze. Tak to jest z literaturą z wyższej półki. ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz